wtorek

Tl;dr i bzik redaktorski. Czyli o wymierających gatunkach

Niekiedy tak się zdarzy, że pytają się mnie, czym się zajmuję. Zawodowo. Gdy odpowiadam wówczas, że jestem redaktorką, ludzie często wpierw robią wielkie oczy, po chwili dopiero widać na ich twarzach przebłysk zrozumienia. Wtedy słyszę: aha, czyli robisz korektę. No, w sumie tak, ale nie do końca. Nie, zupełnie nie do końca. Zwykle jednak nie wyjaśniam, nie precyzuję, ino potakuję ze zrezygnowaniem, zadowolona, że ktoś w ogóle zna słowo korekta. Inni z kolei zupełnie nic nie kapują, wszak redaktorzy są w radio, w gazetach autorów nazywa się redaktorami, ba, nawet w telewizji, choćby w takim Pytaniu na śniadanie, są redaktorzy. Oni są wszędzie! 

W świadomości zbiorowej redaktorzy to bardziej media, a nie książki. Bardziej tytuł (jak doktor, profesor, mecenas) niż konkretne zajęcie. Lepiej więc, jak mówię w takich wypadkach: robię redakcję. Lub: zajmuję się redagowaniem tekstów. Wtedy radio i telewizja raczej odpadają. Pozostajemy przynajmniej w przestrzeni słowa pisanego. Ale i tak wszyscy myślą, że chodzi o dostawienie brakujących przecinków.

Podobno moja branża umiera, kurczy się i zmienia w cherlawego karła. Wiele na to wskazuje. Czasopisma i wydawnictwa padają jak muchy w betoniarce, wszystko przenosi się do sieci, a w internetach na palcach jednej ręki można policzyć portale, które zatrudniają specjalistów od obróbki skrawaniem tekstu (a często przydałaby się i obróbka wiórowa, i ta ścierna).

Redaktorzy książkowi są trochę jak rzemieślnicy: co prawda na kilku uliczkach znajdziemy jakiś minizakład, pozostałość po dawnych latach względnej prosperity takich zawodów, gdzie niczym w skansenie zegarmistrze, lutnicy, introligatorzy, krawcy, zdunowie, oldschoolowi cukiernicy, grawerzy czy stolarze wykonują swoją żmudną robotę (o tych ostatnich Mohikanach powstał nawet blog Dobre Cechy), ale niewiele osób tu zagląda. Nie ma takiej potrzeby.

Jest nas coraz mniej, a ci, co się ostali na rogatkach, są marudni, osowiali, coraz gorszego zdrowia i takowej urody. Jak kozioróg bukowiec, nadobnica alpejska, zgniotek cynobrowy, ponurek Schneidera, ksylomka strix, gryziele, pomrowik mołdawski, gałeczka żeberkowana, kiełb Kesslera, lelki, żołna, chomik europejski, badylarka, karczownik, mrówka ćmawa i inne gatunki, którym grozi wymarcie, powinniśmy zostać objęci ochroną ścisłą.  

Ilustracje do niniejszego wpisu to różne fragmenty starych gazet. I cóż z tego, że nie bardzo pasują do tematu


Ostatnio przez blogosferę przeszła fala jęków i dyskusji dotyczących tzw. upadku (finansowania) dziennikarstwa (chodzi o słynny już maraton frankfurcki, na który nie stać Wojciecha Staszewskiego, zob. też inne głosy w tej debacie tu i tu). Nie chcę wdawać się w szczegóły, powiem tylko, że dziennikarze zawsze byli lepiej opłacani niż redaktorzy książkowi (i doktoranci, i muzealnicy, i wiele innych osób działających w kulturze oraz nauce). Cztery tysiące złotych, które pan Staszewski by chciał wydać na weekend wojaży, nam musi starczyć na półtora miesiąca życia (a czasem i na dwa).

Ale ja nie o tym. Ciekawsze jest to, że we wszystkich tych (i wielu innych) komentarzach pobrzmiewa i między wersami dominuje ton lękliwy, myśl biadoląca na koniec jakichś czasów. Koniec ów, rozłożony na etapy, jest zaś faktem. Jest tak zwaną naturalną koleją rzeczy. Dzieje się, zachodzi, trwa. I każdy o tym wie, wielu o tym myśli, a jeśli już myśli, to i drży (lub psioczy, zwiesza głowę bądź też się przebranżawia).

A wszystko, ujmijmy to skrótowo, przez zaraźliwą tendencję tl,dr. Czyli: too long, didnt read. No bo na co komu profesjonalni redaktorzy (i dziennikarze), kiedy każdy tekst dłuższy niż 1500 znaków ze spacjami przerasta możliwości statystycznego internauty. Czasem pod jakimiś postami czy artykułami spotykam tego rodzaju sformułowania. Że fajny wpis, ale za długi. Lub gorzej, że właśnie owo nieszczęsne tl;dr.

Zadziwiające. Przecież to tak jakby się przyznać wszem i wobec, że jest się kompletnym idiotą. Jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że podobnego wyznania wcale się tak nie odbiera, przeciwnie, służy ono jako uzasadniona krytyka autora (tudzież redaktora), wszak dobry tekst powinien być krótki, chwytliwy, treściwy i niewymagający żadnego wysiłku. Jak slogan czy mem. Albo jak najchętniej czytany w zeszłym tygodniu w Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej felieton Jasia Kapeli złożony z jednego zdania.     



Oczywiście, książki będą nadal wydawane, podobnie jak pisma i katalogi. Przynajmniej na razie. Wciąż w dobrym tonie jest mieć szeleszczącą, namacalną dokumentację swojej aktywności umysłowej. To dlatego obecnie tak popularne są oficyny proponujące piśmiennym amatorom opcję wydaj książkę, zwaną też drukiem na życzenie(choć demokratyczne to medium, przeciwstawiające się hegemonii wielkich i/lub nobliwych wydawnictw, jednocześnie powoduje ono zalanie rynku produkcjami trzeciego sortu).

Nadal będą bibliofile i lekturowi fascynaci. Tylko będzie ich pewnie coraz mniej. Bo w sieci na dobre rozpanoszy się moda na krótko, dosadnie i w związku z tym przyjemnie. A to, co jasne, będzie miało wpływ i na słowo drukowane. Zresztą dlaczego używam czasu przyszłego? Stosowniejszy byłby teraźniejszy. Paszportem Polityki w dziedzinie literatury – wyjątkowo w tym roku decyzją czytelników – została nagrodzona książka, której okładkę z przodu zdobi napis: Warszawa 1939: kobiety, narkotyki, zdrada, z tyłu zaś: Szalona, transowa... powieść psychologiczna, historyczna, sensacyjna, skandaliczna.

Bycie redaktorem książkowym to coś więcej niż wstawianie przecinków (choć i przecinki są bardzo ważne, niekiedy kluczowe). Wystarczy zajrzeć do słownika Władysława Kopalińskiego i porównać etymologię terminu redakcja z etymologią wyrażenia korekta. Jeśli komuś jeszcze mało, serdecznie polecam lekturę artykułu Jana Gondowicza, w którym ów wybitny krytyk literacki i wydawca znakomicie opowiada o arkanach tego niewdzięcznego zawodu. I może ma rację, pisząc, że pora na moment prawdy, że powinniśmy zrezygnować z redaktorów w ogóle. I tak się to dzieje. Na naszych oczach. I samoistnie. W internecie, w wydawnictwach typu druk na życzenie, nierzadko w czasopismach. Bolesne jest to, że ów moment prawdy wcale nie nadchodzi. Po prostu coraz mniej odbiorców zwraca uwagę na błędne lub kiepskie teksty. Jeśli w ogóle czyta je do końca.


Tymczasem jednak, skoro nadal redaktorzy znajdują jakieś zatrudnienie, skoro pojawiają się teksty dłuższe niż jeden akapit i są czytane przez kilka osób w kraju, proponuję, abyśmy założyli cech (bo chyba czegoś takiego jeszcze nie ma). Wszak jesteśmy rzemieślnikami, całymi dniami przesiadujemy w swoich małych, zadymionych warsztatach, pracujemy ręcznie (na klawiaturze) bądź posługując się prostymi narzędziami (ołówek, długopis). Szlifujemy, docieramy, polerujemy, rozwiercamy i dłutujemy teksty, które stworzą potem książki i czasopisma. Robimy to dniami i nocami, za małe pieniądze (z czego połowę wydajemy na kawę), z dzikim zaangażowaniem, w imię etosu stachanowca i z mocą Samsona, któremu obcinane są właśnie włosy (trochę o tych warunkach pisałam w poprzednim wpisie). Robimy to, choć wszyscy mają nas gdzieś. Niewielu wie nawet, na czym nasza praca dokładnie polega.

Związek Rzemiosła Polskiego liczy sobie prawie 500 cechów. Jest tu i Ogólnopolskie Stowarzyszenie Parkieciarzy, i Polskie Zrzeszenie Płytkarzy, i Ogólnopolskie Stowarzyszenie Firm Tynkarskich. Jest Stowarzyszenie Rzemieślników i Wędliniarzy, jest Polska Korporacja Techniki Sanitarnej, Grzewczej, Gazowej i Klimatyzacji, jest Komisja Bioenergoterapeutów i Radiestetów, jest także Stowarzyszenie Dekarzy. Redaktorzy, łączmy się, załóżmy cech!

Mam nawet dla nas chwytliwe, bo banalnie proste (i krótkie!) hasło: Chrońmy redaktorów, tak szybko odchodzą.



Dopisek piątkowy

Dopiero dziś zabrałam się za prasówkę, przeglądam najnowszą Politykę, patrzę, a tam na stronie 99 Bartek Chaciński w rubryce Nowa mowa opowiada właśnie o tl;dr. Dobrze, że opublikowałam powyższy wpis we wtorek, czyli dzień przed ukazaniem się tygodnika, gdybym zrobiła to później, toby wyszło na to, że jestem wtórna i oklepane rzeczy mówię. 

Pan Chaciński w swojej notce poruszył dość interesującą sprawę, czyli kwestię drugiego znaczenia naszego akronimu. Otóż, powiada pan Chaciński, komentarz tl;dr nie tylko świadczy o lenistwie intelektualnym czytelnika, nie, oznacza czasem także krytykę wodolejstwa, nieusprawiedliwionego rozgadania. Wszak internet zbudowali programiści, a nie filolodzy, zwięzłość zatem, jak podkreśla autor, jest tu podstawową cnotą. 

Z jednej strony, pełna zgoda, zadaniem redaktora również jest eliminowanie zbędnych powtórzeń, nieistotnych zdań, w jakimś stopniu i u nas tak rozumiana zwięzłość jest w cenie. Z drugiej strony, mam wrażenie, że w ogromnej większości skrót tl;dr nie jest jednak komentarzem ostrzegającym innych przed nudą artykułu, ino właśnie radosnym w swej bezmyślności obwieszczeniem własnych (nie)kompetencji odbiorczych. No a w krótkiej wypowiedzi nie można przecież oddać wszystkich niuansów, nie da się zawrzeć pogłębionej refleksji. Pozostajemy na poziomie chwytliwych sloganów i dosadnych sformułowań. Które oczywiście, jako się rzekło, mają większe branieniźli dumania na Mont Blanc. Nie znaczy to jednak, że jest się z czego cieszyć (nie żeby się pan Chaciński w swojej notce cieszył, tak tylko piszę, ogólnie). Nie znaczy to także, że każdy krótki tekst jest z gruntu kiepski. Ale źle by nie było, gdyby i te dłuższe (plus: dobrze napisane oraz dobrze zredagowane) cieszyły się jakąś estymą.

Inna sprawa, czy rzeczywiście w internecie jest jedynie miejsce na zwięzłość. Niestety pewnie tak, stąd też moje zawodzenie powyżej i różne nierealne apele. Jeszcze jedna rzecz. Bartek Chaciński we wspomnianym artykuliku przypomniał mi o ciekawym tekście Jacka Dukaja, również poświęconym tl;dr i wpływie tej tendencji na literaturę. Możecie znaleźć go tutaj. Wielowymiarowa analiza pana Dukaja warta jest lektury. Ale uwaga, strzeżcie się! Wypowiedź owa liczy sobie bowiem ponad 21000 znaków ze spacjami. Dla porównania: niniejszy wpis, wraz z dopiskiem, ma przeszło 9000 znaków.  

3 komentarze:

  1. byłam pewna, że w końcu taki komentarz się pojawi, dziękuję za to, że chciało ci się zjechać aż na sam koniec postu i wpisać całych pięć znaków. zawsze to miło. przesyłam pozdrowienia i ukłony

    OdpowiedzUsuń
  2. Niewyszukany żart. Przeczytałem cały artykuł z powagą i zrozumieniem. Uznałem go za bardzo pożyteczny, podobnie jak resztę bloga, którą odkryłem dzisiaj i będę obserwował w przyszłości. Słuszne uwagi. Slow reading zanika, czego sam jestem dobrym przykładem. Kiedyś usypiali mnie tylko pozytywiści i literatura akademicka, teraz niemal wszystko co ma literki. Internet w ogóle nie jest odpowiednim miejscem na dłuższe lektury. Nie jest to wygodne, magii w tym nie ma jak w papierze.
    A co do bycia redaktorem, to ja chociaż nim nie jestem, to zawsze pytany czym się zajmuję, zawsze wskazuję tą właśnie profesje. Wydaje mi się całkiem nobilitująca.
    pozdr.

    OdpowiedzUsuń