piątek
wtorek
Być jak magazynier
Ostatnio natrafiłam na ogłoszenie pewnej instytucji kulturalnej. Gdy zapoznałam się z wymaganiami stawianymi przed przyszłymi pracownikami owej placówki, zbielało mi oko. A drugie zaczęło niebezpiecznie drgać. Ale po co mam strzępić język, sami się przekonajcie. Wklejam print screen:
Powiedzmy to jeszcze raz, głośno i wyraźnie:
jeśli masz wyższe wykształcenie i ukończyłeś
specjalizację „konserwacja zabytków” (ze szczególnym uwzględnieniem zabytków na podłożu papierowym) oraz masz uprawnienia do obsługi
wózków widłowych;
jeśli posługujesz się biegle angielskim w mowie i
piśmie, a do tego masz dobrze rozwinięty
zmysł plastyczny oraz znasz problematykę związaną z logistyką,
ewidencjonowaniem i inwentaryzacją;
jeśli znasz prawo o muzeach,
prawo zamówień publicznych i prawo finansów publicznych, a także programy Adobe
(Photoshop), pakietu Corel, Macromedia Flash, FileMaker Pro i Microsoft
Access;
jeśli masz doświadczenie w organizowaniu przestrzeni magazynowej
i jesteś niekarany;
jeśli dobrze znasz system OSX oraz programy do
katalogowania zbiorów muzealnych, a także masz prawo jazdy kategorii B i
wysoką kulturę osobistą;
jeśli masz doświadczenie w sporządzaniu
dokumentacji magazynowej, cyfrowej i fotograficznej, jak również znasz przepisy z zakresu dokumentowania oraz oznakowania zabytków i
obiektów muzealnych;
jeśli masz zdolności interpersonalne i
organizacyjne oraz odporność na stres i umiejętność pracy pod presją
czasu, a także umiejętność pracy w grupie;
jeśli jesteś samodzielny, dyspozycyjny,
zmotywowany, zaangażowany, a także odpowiedzialny, sumienny, dokładny i rzetelny
– możesz zostać:
Dobrze, że magazynier nie musi czytać nut i grać na fortepianie... Jeden z moich znajomych uznał, że do NASA czy CERN łatwiej się dostać. Najpiękniejsze z tego wszystkiego jest chyba to, że oferują w zamian podwójny rozwój zawodowy. A, no i wynagrodzenie (co za ulga!) oraz tak zwaną stałą pracę. Gratka nie lada!
Ciekawe, jaka pensja. Tysiąc sześćset brutto? Scenariusz dość prawdopodobny, znam ludzi, którzy za takie pieniądze pracują w placówkach naukowych i kulturalnych. I to na tak zwanych stanowiskach merytorycznych.
Nie chodzi mi tutaj jedynie o dysproporcję między nazwą stanowiska (magazynier) a wymaganiami, jakie musi spełniać taki pracownik. Ani o dysproporcję między oczekiwaniami a obowiązkami. Chodzi o bezczelność czy też absurdalność takich ogłoszeń. O nagromadzenie roszczeń, od wózków widłowych przez wysoką kulturę osobistą po specjalistyczne wyższe wykształcenie.
Wątpię, czy istnieje człowiek spełniający wszystkie te wymagania. A jeśli nawet istnieje, to wątpię, czy zechce zostać magazynierem i w ramach obowiązków „czuwać nad bezpieczeństwem środowiska pracy, utrzymywać porządek i czystość” oraz „pakować i nadzorować transport muzealiów”.
![]() |
| Zupełnie bez związku z tematem niniejszy wpis okraszają urocze zdjęcia gry w pelotę |
Czekając na przelew: kiszka – radość w domu
Wiele się mówi ostatnio o nowej aktywności zawodowej, nagminnie uprawianej w tzw. sektorze kultury, gdzie dominują wolne zawody. Wolne zawody to te, których reprezentanci pracują na umowach śmieciowych. A dlaczego ci durnie godzą się na śmieciówki? Proste. Mało kto chce grafika, autora, korektora czy redaktora zatrudnić na etat. To znaczy są i tacy szczęśliwcy, ale stanowią oni mniejszość w branży zwanej kulturą. A aktywność, o której mowa, to czekanie na współczesnego Godota. Czyli na przelew.
Są grupy i fanpage na Facebooku związane z tym tematem, pojawiły się artykuły poświęcone temu zjawisku, rzecz jest znana, szczególnie wśród praktyków. Pokrótce wygląda to tak:
Zrobiłeś swoją robotę, wszyscy są zadowoleni, teraz czekasz na zapłatę. Zapłata nie przychodzi w wyznaczonym terminie. Odczekujesz kilka dni. Nadal nic. Dopominasz się więc mailowo, najpierw z uśmiechami i grzecznie, wszak występujesz w roli petenta, no i nie chcesz popsuć stosunków z pracodawcą. Nie odpowiadają.
Dopytujesz się dalej, bardziej natarczywie, ale wciąż uprzejmie. Mija jakieś półtora tygodnia (a prawie miesiąc od daty domniemanej zapłaty). W końcu łaskawie odpisują, że mają jakieś spore obsuwy, bardzo im przykro, nawet etatowcom nie płacą (kryzys, panie!), czekają na dotację albo na sponsora, no, sam rozumiesz, ale luz, będzie wszystko do 12 kwietnia. Czyli za kolejne półtora tygodnia. Nic nie poradzimy. Ale będzie. Wszyscy tu czekamy na to.
12 kwietnia o godz. 8:00, 12:00, 15:00 i 18:00 sprawdzasz konto. Puste. Jest to piątek, wszyscy wyszli już z biura, ty nie, bo siedzisz w domu i pracujesz w tygodniu, w niedziele i od święta, ale nie to nas tu zajmuje. Naszym tematem jest zabawa w czekanie na przelew. Myślisz sobie: może wysłali, tylko bank nie zdążył zaksięgować? Więc powstrzymujesz się od hate-maili przez cały ubogi weekend. Sprawdzasz konto w poniedziałek. Nie ma.
Znów się dopytujesz, już nieco mniej przyjemnie. Nie odpisują. Na maksa wku*wiony (inaczej się tego nie da nazwać) ślesz maila do wszystkich świętych. Odpowiadają po paru godzinach, że wyślą ci kasę dzisiaj. Czyli że jutro powinna być. Czekasz do następnego dnia, sprawdzasz konto... Wiesz, co będzie dalej?
Ta gra miejska może trwać nawet parę miesięcy. Zazwyczaj pracodawcy, którzy mają
zapłacić 500 zł, nie bawią się w takie ceregiele, ale ci, którzy wiszą ci 3000 zł, jak najbardziej. Dlatego żebry wśród wolnych zawodów są na topie.
Dopowiedzmy, żeby było wszystko jasne: wolnych zawodów, czyli profesji wolnej od regularnej płacy i normowanego czasu pracy, wolnej od traktowania pracownika serio, wolnej od urlopów, ubezpieczenia zdrowotnego i składek emerytalnych. Kiedyś inaczej się nazywało takich ludzi. Dawno temu, w czasach niepoprawności politycznej, zwano ich najemnikami.
W każdym razie umiejętność żebrania o uczciwie zarobioną kasę jest tu kluczowa. Nie żebrzesz, nie przetrwasz. Jak więc robić to skutecznie?
Dopowiedzmy, żeby było wszystko jasne: wolnych zawodów, czyli profesji wolnej od regularnej płacy i normowanego czasu pracy, wolnej od traktowania pracownika serio, wolnej od urlopów, ubezpieczenia zdrowotnego i składek emerytalnych. Kiedyś inaczej się nazywało takich ludzi. Dawno temu, w czasach niepoprawności politycznej, zwano ich najemnikami.
W każdym razie umiejętność żebrania o uczciwie zarobioną kasę jest tu kluczowa. Nie żebrzesz, nie przetrwasz. Jak więc robić to skutecznie?
sobota
Imiona, których u nas już nie ma
Ostatnio
redagowałam książkę o Zagładzie polskich Żydów. Mieszkańców Warszawy,
Łodzi, Stanisławowa, Otwocka i wielu innych siedlisk. To, co mnie
uderzyło najmocniej podczas lektury, to piękne imiona żydowskie.
Większość ich „właścicieli”
została bestialsko zamordowana, niektórzy zmarli z głodu, wycieńczenia
lub chorób, ocalała resztka po wojnie wyjechała z Polski. Oto imiona,
których u nas już nie ma:
Mordechaj,
Eliszewa, Pepa, Szlamek, Symcha, Mendel, Melech, Bejla, Hersz, Izaak,
Nachman, Tojwie, Israel, Tuwia, Lejzor, Lejb, Chajkełe, Cypora, Cesia,
Abram, Gusta, Ita, Baruch, Mordka, Roma, Ester, Rywkełe, Fela, Chawka,
Henoch, Mojżesz, Zelda, Gitla, Mejer, Cwi, Chaim, Załmen, Dorka,
Chanina, Ryfka, Uszer, Ber, Oszer, Jechiel, Mojsze, Natan, Eliasz, Noe,
Etta, Hela, Binem, Dobcia, Rachela, Batja, Menachem, Abraham, Aba,
Berek, Genia, Ari, Berel, Rutka, Eliezer, Cywia, Uri, Lola, Herta, Ruta,
Chana, Noemi, Hinda, Gina, Dan, Gola, Marcel, Moszko, Sewek, Perec,
Calel, Joszua, Fruma, Feiwel, Lalek, Luba, Sydor, Samek, Brandla, Szaul,
Jeszajahu, Dora, Bella, Arno, Gerszon, Tyla, Fania, Emanuel, Adina,
Lea, Haskiel, Abrasza, Tonia, Hablime, Chasia, Rejzel, Niusia, Szymszo,
Lipka, Chil, Rena, Manes, Majer, Fryda, Dwojra, Fajga, Raja, Malo, Erna,
Szoszana, Chaja, Hana, Nechuma, Tula, Mina, Mejszel, Josek, Liba,
Zelma, Jankiel, Iła, Rike, Akiwa, Ozjasz, Eidla, Debora, Elchanach,
Batszewa, Pnina, Miriam, Kopel, Zysze, Salo, Kalman, Szlomo,
Ajzyk, Bluma, Etla.
wtorek
Tl;dr i bzik redaktorski. Czyli o wymierających gatunkach
Niekiedy tak się zdarzy, że pytają się mnie, czym się zajmuję. Zawodowo. Gdy odpowiadam wówczas, że jestem redaktorką, ludzie często wpierw robią wielkie oczy, po chwili dopiero widać na ich twarzach przebłysk zrozumienia. Wtedy słyszę: „aha, czyli robisz korektę”. No, w sumie tak, ale nie do końca. Nie, zupełnie nie do końca. Zwykle jednak nie wyjaśniam, nie precyzuję, ino potakuję ze zrezygnowaniem, zadowolona, że ktoś w ogóle zna słowo „korekta”. Inni z kolei zupełnie nic nie kapują, wszak redaktorzy są w radio, w gazetach autorów nazywa się redaktorami, ba, nawet w telewizji, choćby w takim Pytaniu na śniadanie, są redaktorzy. Oni są wszędzie!
W świadomości zbiorowej redaktorzy to bardziej media, a nie książki. Bardziej tytuł (jak doktor, profesor, mecenas) niż konkretne zajęcie. Lepiej więc, jak mówię w takich wypadkach: „robię redakcję”. Lub: „zajmuję się redagowaniem tekstów”. Wtedy radio i telewizja raczej odpadają. Pozostajemy przynajmniej w przestrzeni słowa pisanego. Ale i tak wszyscy myślą, że chodzi o dostawienie brakujących przecinków.
Podobno moja „branża” umiera, kurczy się i zmienia w cherlawego karła. Wiele na to wskazuje. Czasopisma i wydawnictwa padają jak muchy w betoniarce, wszystko przenosi się do sieci, a w internetach na palcach jednej ręki można policzyć portale, które zatrudniają specjalistów od „obróbki skrawaniem” tekstu (a często przydałaby się i obróbka wiórowa, i ta ścierna).
Redaktorzy książkowi są trochę jak rzemieślnicy: co prawda na kilku uliczkach znajdziemy jakiś minizakład, pozostałość po dawnych latach względnej prosperity takich zawodów, gdzie – niczym w skansenie – zegarmistrze, lutnicy, introligatorzy, krawcy, zdunowie, oldschoolowi cukiernicy, grawerzy czy stolarze wykonują swoją żmudną robotę (o tych ostatnich Mohikanach powstał nawet blog Dobre Cechy), ale niewiele osób tu zagląda. Nie ma takiej potrzeby.
Jest nas coraz mniej, a ci, co się ostali na rogatkach, są marudni, osowiali, coraz gorszego zdrowia i takowej urody. Jak kozioróg bukowiec, nadobnica alpejska, zgniotek cynobrowy, ponurek Schneidera, ksylomka strix, gryziele, pomrowik mołdawski, gałeczka żeberkowana, kiełb Kesslera, lelki, żołna, chomik europejski, badylarka, karczownik, mrówka ćmawa i inne gatunki, którym grozi wymarcie, powinniśmy zostać objęci ochroną ścisłą.
Redaktorzy książkowi są trochę jak rzemieślnicy: co prawda na kilku uliczkach znajdziemy jakiś minizakład, pozostałość po dawnych latach względnej prosperity takich zawodów, gdzie – niczym w skansenie – zegarmistrze, lutnicy, introligatorzy, krawcy, zdunowie, oldschoolowi cukiernicy, grawerzy czy stolarze wykonują swoją żmudną robotę (o tych ostatnich Mohikanach powstał nawet blog Dobre Cechy), ale niewiele osób tu zagląda. Nie ma takiej potrzeby.
Jest nas coraz mniej, a ci, co się ostali na rogatkach, są marudni, osowiali, coraz gorszego zdrowia i takowej urody. Jak kozioróg bukowiec, nadobnica alpejska, zgniotek cynobrowy, ponurek Schneidera, ksylomka strix, gryziele, pomrowik mołdawski, gałeczka żeberkowana, kiełb Kesslera, lelki, żołna, chomik europejski, badylarka, karczownik, mrówka ćmawa i inne gatunki, którym grozi wymarcie, powinniśmy zostać objęci ochroną ścisłą.
![]() |
| Ilustracje do niniejszego wpisu to różne fragmenty starych gazet. I cóż z tego, że nie bardzo pasują do tematu |
czwartek
Słoń, straszliwy Słoń! Słoniowy Strach! Słoniocy! Słoniocy! Strachowy Pom! Pomocny Strach!
Błędy w książkach, katalogach, czasopismach, w folderach, na ulotkach czy stronach internetowych. Literówki, przejęzyczenia, nieprawidłowa interpunkcja. Albo i gorzej: błędy ortograficzne, stylistyczne czy merytoryczne. Dlaczego się zdarzają?
Nie chcecie chyba wierzyć w to, że gros korektorów i redaktorów ze wszystkich polskich redakcji to banda niedouczonych kretynów? Nie, zapewniam was, że tak nie jest. To znaczy, jak w każdym stadzie, zdarzają się i czarne owce, ale przyczyna tych usterek często leży gdzieś indziej. (Strony internetowe i portale rządzą się nieco innymi prawami, w nielicznych są zatrudnieni/wynajęci ludzie z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem w pracy nad tekstem). Aha, kwestię tytułu niniejszego wpisu wyjaśniam, a może i nie wyjaśniam, w postscriptum.
Nie chcecie chyba wierzyć w to, że gros korektorów i redaktorów ze wszystkich polskich redakcji to banda niedouczonych kretynów? Nie, zapewniam was, że tak nie jest. To znaczy, jak w każdym stadzie, zdarzają się i czarne owce, ale przyczyna tych usterek często leży gdzieś indziej. (Strony internetowe i portale rządzą się nieco innymi prawami, w nielicznych są zatrudnieni/wynajęci ludzie z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem w pracy nad tekstem). Aha, kwestię tytułu niniejszego wpisu wyjaśniam, a może i nie wyjaśniam, w postscriptum.
niedziela
Niebezpieczne związki
Miałam pisać o kulturze i o bzdurze, a tym razem nie będzie ani o jednym, ani o drugim. Nie będzie też dowcipnie, cynicznie ani metaforycznie. Będzie za to smędzenie. A bo będzie o polityce.
Co prawda polityką staram się nie zajmować, bo mi skacze od niej ciśnienie. Bardzo. Wyznaję też malkontencką ideę słynnego osła z książki dla dzieci głoszącą, że „dla kogoś, kto leży na dnie rzeki, kasłanie czy brykanie – to wszystko jedno”. Ale czasem nie da rady inaczej. Czasem coś trzeba powiedzieć. Takie się dziwne rodzi poczucie. A jestem, wyznam, nieco zaskoczona tym wszystkim, co dzieje się w sieci w związku z, nomen omen, związkami partnerskimi. A właściwie: co się nie dzieje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







