wtorek

Pracuj w kulturze, gburze

Robotnicy kultury znają to zjawisko jak własny kubek kawy ogłoszenia bez składu, ładu i uroku. Oto przeglądam sobie oferty dla ludzi chcących z jakichś dziwnych powodów pracować w muzeum. I trafiam na cudeńko – w Muzeum Warszawy szukają specjalisty ds. marketingu cyfrowego*. Sprawa poważna, dużo wymagań, liczne obowiązki, takie jak prowadzenie kampanii RTB czy zarządzanie spersonalizowanymi kampaniami retargetującymi w Google Tag Manager (cokolwiek to oznacza). Rozczula mnie punkt jedenasty tej litanii do serca desperata: obsługa ekspresu do kawy i sprzedaż gorących napojów”. Można? Można! 

* Rzeczone ogłoszenie widnieje na końcu niniejszego wpisu.


Aha, zapomniałam dodać, że w funkcji okrasy tego wesołego wpisu pojawiają się świńskie obrazki.

piątek

Dobrze o złu



Reklama szrama

Grudzień to mroczny czas. Między innymi dla redaktorów. Do końca roku wszystkie instytucje kulturalne muszą się rozliczyć z grantów, dlatego po wielomiesięcznym bimbaniu, tudzież dłubaniu w nosach i drapaniu się po brodach, w grudniu nadchodzi okres popłochu i chaotycznego wydawania na gwałt miliarda książek, katalogów, broszur, biuletynów i kalendarzy, który to miliard setka zawodowych redaktorów musi ogarnąć, a drukarnia wydrukować. W zamęcie i na wczoraj.


Dochodzi też inny aspekt ekonomiczny większość ludzi kupuje (jeśli kupuje w ogóle) książki raz w roku, właśnie na święta, więc rozsądna wydaje się strategia, że wszelkie wydawnictwa uwijają się wówczas jak w ukropie, żeby przed Wigilią dostarczyć klientom możliwie jak najwięcej produktów mogących zostać gwiazdkowym prezentem. Szkoda tylko, że o tej rozsądnej strategii przypominają sobie najwcześniej w listopadzie. Tego samego roku.

Grudzień to czas zakupów, tłumów w centrach handlowych, ciemnicy przeplatanej szarówką, piosenek świątecznych w RMF Classic, kłótni dotyczących tego, gdzie się spędzi Wigilię. To także moment, w którym wszystkie czasopisma najwięcej zarabiają na reklamach. Każda manufaktura bowiem, każde SPA czy inny producent zegarków lub zastaw stołowych w okresie przedświątecznym dokonuje desantu na gazety, tygodniki i miesięczniki

Działy marketingów w firmach wszelakich furczą od pracy i pomysłów, copywriterzy biegają w kółko, ssąc kciuki, szefowie działów zgłaszają kolejne poprawki, dyrektor zarządzający w ostatnim momencie rozwala całą koncepcję, a junior brand menedżerzy wespół z art directorami bezustannie kombinują, jak obrazkiem i ochłapem tekstu zachęcić czytelników do wydania pieniędzy.


Cała branża przed świętami się spina, by jak najwięcej sprzedać. Dlatego zastanawia fakt istnienia tak wielu reklam i materiałów promocyjnych po prostu dennych, zupełnie nietrafionych i amatorskich. Czy ktoś się na nie nabiera? Czy znajdzie się śmiałek (naiwniak?), który zainspirowany takim ogłoszeniem dokona zakupu? A może przeciwnie: reklamy, które mnie wydają się beznadziejne, opierają się na badaniach rynku oraz targetu i są jak najbardziej skuteczne?

Nim przejdę do studium przypadku, w ramach wprowadzenia opowiem trochę o jednym czasopiśmie. A mianowicie o Gazecie Stołecznej”. Nakreślę tym samym miejsce akcji.

Periodyk to niezwykły, to tam znajdziemy niezapomniane anonse typu pan pozna panią, np. Krzysztof 48. Prawnik. Kawaler. Wierzący. Wolny, a jednak zajęty myślami, że Cię spotk. Jaka jesteś? Czy jeszcze masz nadz.?. Czy też: Iza 59. Psycholog. Ładna i zadb. Seksowna. Jestem bardzo normal. Umiem już zmieniać decyz., jeżeli tak jest lepiej. Lubię swoją kob.

Tam zapoznamy się ze wściekłymi listami od czytelników (tzw. opinia publiczna), tam przeczytamy o dziurach na mniej znanych drogach, o machlojkach anonimowych dotychczas działaczy gminnych i powiatowych, tam podziwiamy ogłoszenia drobne, przeglądamy nekrologi oraz kącik adopcyjny i staramy się omijać wzrokiem ogłoszenie Fabryki Mebli Bodzio czy innego Media Marktu (no bo nie dla idiotów). Jak dla mnie, lektura obowiązkowa.

Mam zresztą słabość do każdej lokalnej publicystyki, wielką radość sprawiają mi takie pisma, jak To i Owo Legionowo, Życie Bytomskie czy Sądeczanin. Przeglądając je, czuję się trochę jak w Przystanku Alaska. Albo w Twin Peaks. Tak czy owak jest interesująco.


W dzisiejszej Gazecie Wyborczej (a także w zeszłotygodniowej, z piątku), a konkretniej właśnie w tzw. dodatku stołecznym, uwagę moją przykuła jedna reklama. Dlaczego akurat ta? Ano jest brzydka, wręcz okropna i zupełnie niezachęcająca, a do tego niemądra (i przez to dość zabawna), a nawet nie bójmy się pompatycznych słów wzbudzająca jakiś tam niesmak. 

Reklama ta jest niemiła oku i duszy. Pomimo ogromnych jej rozmiarów zajmuje pół gazetowej strony nie wiem, czy tzw. normalny czytelnik zwróciłby na nią uwagę. Wyjaśnię może w tym miejscu – cytując ponownie, ale tym razem przewrotnie Izę 59 że ja nie jestem bardzo normal., wszak czytam Gazetę Stołeczną od deski do deski. Tak, obwieszczenia syndyka masy upadłościowej też. I przeglądam reklamy. Ta, którą tu analizuję, jest na swój sposób wyjątkowa w swej, hm, ascezie graficznej połączonej z obfitością dość absurdalnych treści. Zresztą sami zobaczcie:

Mikołejko i Pierścień Atlantów

Temat ten grzązł w ciemnych zaułkach mojej głowy, od kiedy zauważyłam w jakimś piśmie, bodaj w Polityce, fotografię przedstawiającą prof. Zbigniewa Mikołejkę noszącego na palcu Pierścień Atlantów*. Traf chciał, że niedługo potem zobaczyłam wizerunek innej polskiej gwiazdy telewizyjnej z taką samą biżuterią. Miałam nawet pomysł na projekt artystyczny pod roboczym tytułem Sławy Atlantów, bo nie wątpiłam w to, że mogłabym wynaleźć inne medialne osobistości z podobną ozdobą. Ale przytrafiło mi się życie, czyli mnóstwo pracy i czas wolny przeznaczony na wartościowe sprawy takie jak spanie czy oglądanie serialu Modern Family.

* Pisownia wielkimi literami zamierzona. Nawiązuje do takich kanonicznych pozycji jak Harry Potter i Insygnia Śmierci czy Mikołajek i Inne Chłopaki, oddaje też mój stosunek emocjonalny do tematu.
















W międzyczasie okazało się, że na ten genialny pomysł wpadł wcześniej, a jakże, znamienity periodyk Super Express”. Dzielni dziennikarze tej gazety wynaleźli sporo fotografii przedstawiających polskich celebrytów, którzy noszą atlantycką biżuterię. Wśród nich znajdziemy i aktora Cezarego Pazurę, i nie-wiem-kim-jest-ponoć-stylistą Tomasza Jacykowa, i wokalistę zespołu Feel, i aktora Piotra Machalicę, i Andrzeja Nejmana, czyli Waldka z serialu Złotopolscy. Tu możecie znaleźć galerię zdjęć wyżej wymienionych nosicieli pierścionków.

Warto dodać, że tematem atlantyckim interesowała się też swego czasu Rzeczpospolita, pisząc między innymi o ówczesnym komendancie stołecznej policji. Do rzeczonego pierścienia przyznawał się również Paweł Wilczak (taki aktor) w wywiadzie w piśmie Viva!. W tym samym czasopiśmie Radosław Majdan (taki piłkarz), mówiąc o swej ówczesnej żonie Dodzie (taka piosenkarka), stwierdzał: odkąd na jednym palcu noszę pierścień Atlantów, to zauważyłem, że się nie kłócimy z żoną zupełnie” (cyt. za: Wirtualna Polska). 

Jak widać, temat przemaglowany w te i we w tę. Głównie w tzw. telewizjach śniadaniowych i innych brukowcach. Oraz w periodykach w rodzaju przezabawnego „Egzorcysty. Po co więc o tym pisać? Ano dlatego, że kiedyś sobie to zagadnienie wymyśliłam, ba, planowałam cały projekt artystyczny, to przynajmniej choć o jednym przypadku wspomnę. A także dlatego, że nurtuje mnie pytanie, dlaczego doktor habilitowany i profesor nadzwyczajny, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk który jest przecież (?) innego rodzaju postacią niż pan Majdan czy pan Pazura nosi Pierścień Atlantów.

wtorek

Być jak magazynier

Ostatnio natrafiłam na ogłoszenie pewnej instytucji kulturalnej. Gdy zapoznałam się z wymaganiami stawianymi przed przyszłymi pracownikami owej placówki, zbielało mi oko. A drugie zaczęło niebezpiecznie drgać. Ale po co mam strzępić język, sami się przekonajcie. Wklejam print screen:


Powiedzmy to jeszcze raz, głośno i wyraźnie:

jeśli masz wyższe wykształcenie i ukończyłeś specjalizację „konserwacja zabytków” (ze szczególnym uwzględnieniem zabytków na podłożu papierowym) oraz masz uprawnienia do obsługi wózków widłowych; 

jeśli posługujesz się biegle angielskim w mowie i piśmie, a do tego masz dobrze rozwinięty zmysł plastyczny oraz znasz problematykę związaną z logistyką, ewidencjonowaniem i inwentaryzacją;

jeśli znasz prawo o muzeach, prawo zamówień publicznych i prawo finansów publicznych, a także programy Adobe (Photoshop), pakietu Corel, Macromedia Flash, FileMaker Pro i Microsoft Access;

jeśli masz doświadczenie w organizowaniu przestrzeni magazynowej i jesteś niekarany; 

jeśli dobrze znasz system OSX oraz programy do katalogowania zbiorów muzealnych, a także masz prawo jazdy kategorii B i wysoką kulturę osobistą; 

jeśli masz doświadczenie w sporządzaniu dokumentacji magazynowej, cyfrowej i fotograficznej, jak również znasz przepisy z zakresu dokumentowania oraz oznakowania zabytków i obiektów muzealnych; 

jeśli masz zdolności interpersonalne i organizacyjne oraz odporność na stres i umiejętność pracy pod presją czasu, a także umiejętność pracy w grupie; 

jeśli jesteś samodzielny, dyspozycyjny, zmotywowany, zaangażowany, a także odpowiedzialny, sumienny, dokładny i rzetelny  

– możesz zostać:


Dobrze, że magazynier nie musi czytać nut i grać na fortepianie... Jeden z moich znajomych uznał, że do NASA czy CERN łatwiej się dostać. Najpiękniejsze z tego wszystkiego jest chyba to, że oferują w zamian podwójny rozwój zawodowy. A, no i wynagrodzenie (co za ulga!) oraz tak zwaną stałą pracę. Gratka nie lada!

Ciekawe, jaka pensja. Tysiąc sześćset brutto? Scenariusz dość prawdopodobny, znam ludzi, którzy za takie pieniądze pracują w placówkach naukowych i kulturalnych. I to na tak zwanych stanowiskach merytorycznych.

Nie chodzi mi tutaj jedynie o dysproporcję między nazwą stanowiska (magazynier) a wymaganiami, jakie musi spełniać taki pracownik. Ani o dysproporcję między oczekiwaniami a obowiązkami. Chodzi o bezczelność czy też absurdalność takich ogłoszeń. O nagromadzenie roszczeń, od wózków widłowych przez wysoką kulturę osobistą po specjalistyczne wyższe wykształcenie. 

Wątpię, czy istnieje człowiek spełniający wszystkie te wymagania. A jeśli nawet istnieje, to wątpię, czy zechce zostać magazynierem i w ramach obowiązków czuwać nad bezpieczeństwem środowiska pracy, utrzymywać porządek i czystość oraz pakować i nadzorować transport muzealiów.
 
Zupełnie bez związku z tematem niniejszy wpis okraszają urocze zdjęcia gry w pelotę





czwartek

Brzydkie filmy: To przyszło z głębin morza

Kto się boi ośmiornicy? Tudzież kałamarnicy? Tudzież długich, grubych ramion z mackami? No kto? Na przykład Amerykanie. Świadczą o tym filmy opowiadające o demonicznych potworach wodnych. 

Choćby taka Bestia z głębokości 20000 sążni z 1953 roku. Co prawda tytułowa bohaterka przypomina raczej dinozaura (lub Godzillę) niźli stwora z mokrych odmętów, ale jedną z najbardziej zapadających w pamięć scen filmu jest ta przedstawiająca walkę rekina z ośmiornicą. 

Dalej mamy już ośmiornicopodobnych bohaterów w rolach głównych, na przykład w Octamanie z 1971 roku (protagonista to miks człowieka i ośmiornicy, prawdziwy z niego słodziak jest tak słodki, że na końcu tego wpisu wrzucę jego zdjęcie), w Mackach z 1976 roku (w tej produkcji maczali palce i Włosi), Ośmiornicy z 2000 roku oraz o rok późniejszej Ośmiornicy 2. Nie tak dawno, bo w 2009 roku, Amerykanie nakręcili kolejny film o drapieżnym głowonogu rywalizującym z rekinem, czyli Megaszczęki kontra megamacki

Wróćmy jednak do lat 50. To wówczas wyprodukowano 20000 mil podwodnej żeglugi (1954), czyli ekranizację powieści Juliusza Vernea, której telewizyjne pokazy odcisnęły piętno na psychice wielu wrażliwych młodych widzów (Owoce morza? ¡No pasarán!). 

W 1955 roku światło dzienne ujrzało dzieło pt. To przyszło z głębin morza (org. It Came from Beneath the Sea). Reżyserem tego ośmiornicznego majstersztyku był Robert Gordon, głównym bohaterem zaś jakżeby inaczej ogromna ośmiornica, która atakuje San Francisco. Jeden z piękniejszych brzydkich filmów.
   



















wtorek

Czekając na przelew: kiszka – radość w domu

Wiele się mówi ostatnio o nowej aktywności zawodowej, nagminnie uprawianej w tzw. sektorze kultury, gdzie dominują wolne zawody. Wolne zawody to te, których reprezentanci pracują na umowach śmieciowych. A dlaczego ci durnie godzą się na śmieciówki? Proste. Mało kto chce grafika, autora, korektora czy redaktora zatrudnić na etat. To znaczy są i tacy szczęśliwcy, ale stanowią oni mniejszość w branży zwanej kulturą. A aktywność, o której mowa, to czekanie na współczesnego Godota. Czyli na przelew. 

Są grupy i fanpage na Facebooku związane z tym tematem, pojawiły się artykuły poświęcone temu zjawisku, rzecz jest znana, szczególnie wśród praktyków. Pokrótce wygląda to tak:

Zrobiłeś swoją robotę, wszyscy są zadowoleni, teraz czekasz na zapłatę. Zapłata nie przychodzi w wyznaczonym terminie. Odczekujesz kilka dni. Nadal nic. Dopominasz się więc mailowo, najpierw z uśmiechami i grzecznie, wszak występujesz w roli petenta, no i nie chcesz popsuć stosunków z pracodawcą. Nie odpowiadają. 

Dopytujesz się dalej, bardziej natarczywie, ale wciąż uprzejmie. Mija jakieś półtora tygodnia (a prawie miesiąc od daty domniemanej zapłaty). W końcu łaskawie odpisują, że mają jakieś spore obsuwy, bardzo im przykro, nawet etatowcom nie płacą (kryzys, panie!), czekają na dotację albo na sponsora, no, sam rozumiesz, ale luz, będzie wszystko do 12 kwietnia. Czyli za kolejne półtora tygodnia. Nic nie poradzimy. Ale będzie. Wszyscy tu czekamy na to.

12 kwietnia o godz. 8:00, 12:00, 15:00 i 18:00 sprawdzasz konto. Puste. Jest to piątek, wszyscy wyszli już z biura, ty nie, bo siedzisz w domu i pracujesz w tygodniu, w niedziele i od święta, ale nie to nas tu zajmuje. Naszym tematem jest zabawa w czekanie na przelew. Myślisz sobie: może wysłali, tylko bank nie zdążył zaksięgować? Więc powstrzymujesz się od hate-maili przez cały ubogi weekend. Sprawdzasz konto w poniedziałek. Nie ma. 

Znów się dopytujesz, już nieco mniej przyjemnie. Nie odpisują. Na maksa wku*wiony (inaczej się tego nie da nazwać) ślesz maila do wszystkich świętych. Odpowiadają po paru godzinach, że wyślą ci kasę dzisiaj. Czyli że jutro powinna być. Czekasz do następnego dnia, sprawdzasz konto... Wiesz, co będzie dalej?  








Ta gra miejska może trwać nawet parę miesięcy. Zazwyczaj pracodawcy, którzy mają zapłacić 500 zł, nie bawią się w takie ceregiele, ale ci, którzy wiszą ci 3000 zł, jak najbardziej. Dlatego żebry wśród wolnych zawodów są na topie.

Dopowiedzmy, żeby było wszystko jasne: wolnych zawodów, czyli profesji wolnej od regularnej płacy i normowanego czasu pracy, wolnej od traktowania pracownika serio, wolnej od urlopów, ubezpieczenia zdrowotnego i składek emerytalnych. Kiedyś inaczej się nazywało takich ludzi. Dawno temu, w czasach niepoprawności politycznej, zwano ich najemnikami.

W każdym razie umiejętność żebrania o uczciwie zarobioną kasę jest tu kluczowa. Nie żebrzesz, nie przetrwasz. Jak więc robić to skutecznie?